Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Pokłosie lektury.


Przy okazji zainteresowania się „Pamiętnikiem” Pawła Jasienicy znalazłem w internetowych googlach kilka, jak mi się wydaje, proroczych, dalekosiężnych jego „złotych myśli”. Rzecz zaskakująca jak pasują do naszej współczesnej rzeczywistości, choć wymyślił je pisarz dobrych kilkadziesiąt lat temu.

Oto najtrafniejsze z nich:

Praktyka dowiodła nieskończoną ilość razy, że długotrwałe pozostawanie w opozycji wykoleja ludzi, wdraża ich do nawykowego wykrzykiwania: „nie!”  (Skąd my to znamy?)

Cóż, istnieje, rozpowszechniony jest typ człowieczy skłonny do mniemania, że zawsze i wszędzie należy mu się wygodne życie na koszt publiczny. W ostatnich czasach ta odmiana ludzka rozmnożyła się niepokojąco, przynajmniej u nas.  ( Niestety, ta odmiana rozmnaża się w postępie geometrycznym)

Kościół katolicki bowiem, to nie tylko wiara i dziedzictwo kulturalne, lecz również zwarta organizacja kleru, dążąca do własnych celów politycznych, potęgi materialnej, a nade wszystko do władzy. (I to szczególnie teraz  wychodzi jak szydło z worka, przykłady można mnożyć)

Powstanie Warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce. (Aż skóra cierpnie na myśl, gdy to przeczytają poczytujący się za „prawdziwych patriotów”)

Niczego się nie wyjaśni, rozprawiając o charakterach narodowych, które są zmienne, kształtowane przez okoliczności historyczne. Faktem jest za to, że umysły i charaktery konkretnych, sprawujących władzę osób wpływają na dzieje państw, a nieraz rozstrzygają o nich. Na samej górze, w ośrodku rządzącym zapadają decyzje, kiedy, na co i jak użyć sił, nagromadzonych pracą bezimiennego tłumu, a historia tysiąc razy dowiodła, że wcale nie każdy błąd można odrobić. ( Na błędach człowiek się uczy, ale koszty tej nauki bywają zbyt kosztowne)

Nasza wiedza o przeszłości zawsze jest ułomna, nawet szczątkowa. Nigdy nie może być pełna, bo wśród dokumentów i zabytków wszechmocnie gospodarzył los, ślepy traf. ( I dlatego tak łatwo jest historię tworzyć dla własnych potrzeb, a nie dla odkrycia prawdy).

Nie należy dawać się zwodzić słowom i pięknie brzmiącym sformułowaniom. Pergaminy nie robią polityki, czynią to ludzie, przedstawiciele konkretnych sił, interesów. A zwłaszcza tacy ludzie, co sprawują władzę. ( Dla nich pergaminy są tylko środkiem do osiągnięcia celów)

Czemuż upieramy się pamiętać tylko zjawiska ujemne, a skreślamy z rejestru piękno własnej historii? Piękno i prawdę…
( To pytanie zadaję sobie od samego początku, gdy zainteresowałem się historią. Nie potrafię pojąć, dlaczego nasza największą dumą narodową są poniesione klęski, a nie zwycięstwa?).

Polityka nigdy zresztą nie przypomina dyskusji filozoficznej. Istota jej to walka określonych interesów i sił, a nie spór naukowy pomiędzy zwolennikami rozmaitych poglądów. (Okazuje się, że polityka rozpala ogół społeczeństwa do czerwoności, a dyskusje filozoficzne w najlepszej sytuacji ten ogół usypiają) .

Uwaga! Dopiski w nawiasach, to moje osobiste i subiektywne „złote myśli”, zaznaczam nie umywam się do mistrza, ale to o czym pisał Paweł Jasienica zasługuje rzeczywiście na uwagę.
 Fot. stawu po kamieniołomach w Głuszycy Górnej, Robert Janusz

niedziela, 6 listopada 2011

Kraj lat dziecięcych

Jeżeli kiedykolwiek pojawiają się w mojej głowie wątpliwości, czy sentymentalny związek człowieka ze stronami rodzinnymi to uczucie bardzo powszechne, bliskie zdecydowanej większości zwykłych zjadaczy chleba, a nie tylko garstce wysublimowanych romantyków, to odpowiedź na te rozterki znajduję w reakcjach Czytelników mojego blogu. Nie sądzę, aby wszyscy jak jeden mąż byli spadkobiercami nostalgicznej nuty tęsknoty za ojczyzną znanej z Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, bądź też „Hymnu o zachodzie słońca” Juliusza Słowackiego. Nie wszyscy też mieli okazję trafić w latach dziecięcych i młodości na rodziców, bądź nauczycieli przejętych do szpiku kości przesłaniem z „Roty” Marii Konopnickiej  -   „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród” , albo też słynnej pieśni religijnej „Boże coś Polskę przez tak liczne wieki ochraniał tarczą potęgi i chwały…” Zarówno ten duży jak i ten mały patriotyzm jest cechą immanentną naszej tożsamości, jest wyniesiony „z mlekiem matki”, jest częścią naszej osobowości tak samo jak związki emocjonalne z rodzicami i rodziną.
Powyższa konstatacja nasunęła mi się w trakcie czytania niezwykłej książki. Jest nią „Pamiętnik” Pawła Jasienicy, który na naszym rynku wydawniczym pojawił się dopiero w 2007 roku.
Wspomniałem o tym w poprzednim poście, że „Pamiętnik” jest ostatnia książką pisaną tuż przed niespodziewaną zgonem pisarza w 1970 roku. Miał on wtedy 61 lat i wcale się nie spodziewał tak wczesnej śmierci.
Co było powodem, że w poniedziałek 5 stycznia 1970 roku zasiadł  Jasienica do pisania dwudziestej piątej swojej książki. Odpowiada na to pytanie sam jej autor: „Cóż bardziej normalnego u literata, który od najwcześniejszego dzieciństwa przejawiał nałogowe zainteresowanie historią, w jej zakresie odbył studia uniwersyteckie, poświęcił jej większość swoich książek i był świadkiem interesujących zjawisk dziejowych? W pewnych okolicznościach postępowanie logiczne może się okazać karygodną lekkomyślnością. Nie wiem, nikt nie może mi zaręczyć, jaki będzie los tych pokrytych pismem kartek, czemu i komu one posłużą. Mój dom wcale nie jest moją twierdzą. Nie jestem panem szuflady swego biurka”.
Te smutne spostrzeżenia stają się zrozumiałe, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że w Polsce Ludowej do samego końca swego życia Paweł Jasienica nie zaznał spokoju, a funkcjonariusze SB mogli w każdym momencie przetrząsnąć jego dom i wydobyć z szuflad niezwykle groźną dla fundamentów ideologicznych PRL-u, utrwaloną na piśmie przez wybitnego historyka i świadka wydarzeń prawdę o iluzoryczności demokracji i wolności w tym zbudowanym rękami stalinowskich komisarzy państwie.
Jakoż książka okazuje się dziełem niezwykłym, wprawdzie nieukończonym, bo nie starczyło ośmiu miesięcy pracy przerywanych rozwijającą się chorobą, ale jest ona najlepszym epitafium, testamentem życia wypełnionego bezinteresowną służbą dla wolnej ojczyzny – Polski, ale także dla ziemi rodzinnej, podobnie jak u Mickiewicza, tam na Litwie, w jej sercu – pięknym, niepowtarzalnym mieście nad Wilią – Wilnie.
Z Wilnem związane są lata młodości i startu w dojrzałe życie młodego publicysty, radiowca, Lecha Beynara, który potem w PRL-u wydawał swoje książki pod nazwiskiem Paweł Jasienica. Czytając „Pamiętnik” zadawałem sobie pytanie, czy Litwini znają kogoś, kto potrafiłby tak pięknie, z taka nutą nostalgii i przywiązania pisać o mieście swych lat młodości. Paweł Jasienica całą swą twórczością historyczno-literacką starał się pokazać trwałe więzi łączące dwa sąsiadujące ze sobą narody, polski i litewski. Wyrosły one na trwałym gruncie użyźnionym rękami bliskiej obu narodom, niezwykle ważnej w historii Polski i Litwy, sławnej na świecie – dynastii Jagiellonów.
W swoim „Pamiętniku” przytacza Paweł Jasienica bardzo interesujący szczegół, potwierdzający ogromne uznanie, jakim cieszą się na świecie Jagiellonowie:
„Trudno mi zrozumieć, dlaczego pewien paryski zabytek mało jest u nas znany i podobizn jego nie warto nawet szukać w nadwiślańskich, czy nadniemeńskich wydawnictwach. Myślę o nagrobku Jana Kazimierza w kościele St Germain-des-Pres. Waza, rodowe, szwedzkie miano króla zostało wyryte takimi samymi literami jak cały tekst napisu, za to litewsko-polskie nazwisko Jagiellonów, jego od dawna wymarłych przodków po kądzieli  -  o połowę większymi. Tak zupełnie, jakby ono właśnie, stanowiło jedyny nieboszczyka tytuł do sławy”.
„Pamiętnik” Pawła Jasienicy obfituje w podobne „sensacje”. Jest to książka fenomenalna jeśli chodzi o niezwykłą pamięć i nagromadzenie szczegółów z własnego życia, zwłaszcza, że sam autor pisze, iż nie zachowały się żadne zapiski lub notatki czynione w latach młodości. Musiał je spalić, by nigdy  nie wpadły w łapy funkcjonariuszy stalinowskiej NKWD.

Książkę poprzedza znakomity esej przyjaciela pisarza, profesora Władysława Bartoszewskiego. To prawdziwa „sztuka dla sztuki”. Dawno nie czytałem tak wspaniałego wstępu. Nie jestem znawcą literatury, ani „broń Boże” krytykiem literackim. Może dlatego właśnie moja zachęta do przeczytania  „Pamiętników” Pawła Jasienicy będzie tym bardziej autentyczna. Przyznam się tylko, są w niej momenty, które czytałem ze łzami w oczach, może dlatego że też czuję się „spokrewniony” z historią. Podobne reakcje towarzyszyły mi, gdy czytałem „Rzeczpospolitą Obojga Narodów”. Nie wiem dlaczego tak mi żal, że nie znam Wilna (byłem w nim jeden jedyny raz bardzo krótko, by odwiedzić słynny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, zobaczyć gmach Uniwersytetu, w którym spędził swą młodość Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, teraz dowiedziałem się że także Paweł Jasienica, zaniosłem też kwiatek na Rossę, cmentarz z prochami matki i sercem Józefa Piłsudskiego ). Teraz to miasto stało mi się szczególnie bliskie po przeczytaniu „Pamiętników”, tak samo jak bliska stała mi się wspólna historia Polski i Litwy po lekturze książek historycznych Jasienicy  i nie potrafię zrozumieć litewskich nacjonalistów, którzy burzą wbrew wszelkiej logice tę więź, która splata dzieje obu narodów i państw. A przecież nie da się jej wymazać z historii, tak samo jak nie dało się zatrzeć prawdy o zbrodni katyńskiej . Paweł Jasienica całym swym życiem i twórczością potwierdza, że ta przyjaźń przynosiła zawsze pożytki dla obu narodów.

Fot. Robert Janusz

sobota, 5 listopada 2011

Wolność słowa


Jestem panem i władcą mojej strony blogowej. Wolny, niezawisły  -  to miłe uczucie. Mogę pisać kiedy chcę i co chcę. Nie boję się represji politycznych, ani żadnych innych. Żyję w wolnej Polsce. Czasami wydaje się, ze aż za bardzo wolnej.
Czytam właśnie „Pamiętnik” Pawła Jasienicy, ostatnie dzieło jego życia, zresztą nieukończone, bo całkiem nagle zmiotła go utajniona ciężka choroba w 1970 roku. Ten pamiętnik to interesujące wspomnienia z lat dziecięcych w carskiej Rosji, gdzie Lech Beynar (bo takie jest prawdziwe nazwisko pisarza wydającego swe książki pod pseudonimem Pawła Jasienicy) urodził się i wychował do 9-tego roku życia, a następnie z życia akademickiego w Wilnie, od 1928 roku, widziane oczyma inteligentnego, myślącego studenta historii na Uniwersytecie Wileńskim.
„Minie wkrótce dwudziesta czwarta rocznica mej zawodowej pracy literackiej  -  pisze Paweł Jasienica w swym „Pamiętniku”  - przez cały ten czas nie napisałem ani jednej strony swobodnie. Kreśleniu każdego zdania towarzyszyła mi świadomość istnienia cenzury prewencyjnej. Ludzie twierdzą, że osiągnąłem znaczną biegłość w pisaniu miedzy wierszami… Dzisiaj przy tym pamiętniku, o którego książkowym wydaniu ani nie marzę, zatrważa mnie ów długoletni trening w oględności…
Nie zamierzam roztkliwiać się nad samym sobą, podobny los jest udziałem mnóstwa ludzi zamieszkałych w centrum i na wschodzie Europy… Wszyscy razem wzięci jesteśmy ofiarami absurdu w postaci czystej. Dziś, w roku 1970, nie można już wątpić, że system komunistyczny osiągnąłby znacznie więcej i funkcjonował bez porównania lepiej, gdyby nie metoda trzymania „myśli w obcęgach”. Korzystałby z dobrodziejstw prawdy, sformułowanej dość dawno przez Hugona Kołłątaja: „Mowa wolności jest całemu światu sympatyczna. Rozumie ją każdy człowiek”.
To co pisze o wolności słowa Paweł Jasienica, ma w odniesieniu do jego osoby szczególne znaczenie. Przypomnę kilka najważniejszych faktów z jego biografii.
Urodził się w 1909 w Symbirsku nad Wołgą i pozostał z rodziną w Rosji do roku 1920, choć już w 1914 wyruszyli do Polski. Początkowo zamieszkali w okolicach Białej Cerkwi i Humania, następnie w Kijowie, Warszawie i ostatecznie na Wileńszczyźnie. W Wilnie skończył gimnazjum, a następnie historię na Uniwersytecie Stefana Batorego. Należał do młodzieży aktywnej społecznie w Klubie Intelektualistów oraz w Akademickim Klubie Włóczęgów. Używał wtedy przydomku Bachus. W latach 1928-32 był nauczycielem historii w Grodnie; pracował też jako spiker w Polskim Radiu Wilno. Zadebiutował w 1935 roku książką „Zygmunt August na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa”. Przed wojną pracował w Słowie Wileńskim, gdy redaktorem był sławny pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz, uważany za masona, co dało pretekst w okresie PRL do oskarżania Jasienicy o sympatię i przynależność do masonerii.
Był spikerem Radia Wileńskiego, a po zajęciu Litwy przez ZSRR - stróżem w tej rozgłośni, potem zaś drwalem w Ponarach. Jako oficer rezerwy powołany w szeregi AK walczył w partyzantce.
W lipcu 1944 uczestniczył w walkach o Wilno (Operacja Ostra Brama) jako szeregowiec w stopniu oficerskim. Od 19 sierpnia do 21 sierpnia 1944 roku jego oddział, dowodzony przez pułkownika Macieja Kalenkiewicza ps. Kotwicz, stoczył bitwę z Armią Czerwoną. Oddział został rozbity, a on sam pod koniec sierpnia dostał się do niewoli w okolicach Grodna, skąd został przewieziony do Białegostoku, gdzie był przesłuchiwany przez NKWD. Wcielony do jednostki LWP w Dojlidach, z której zdezerterował. Od jesieni 1944 po dezercji z LWP służył w 5 Wileńskiej Brygadzie AK, gdzie był od lipca (dokładny dzień nie ustalony) 1945 adiutantem dowódcy brygady Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Ranny w nocy z 8 na 9 lipca 1945, opuścił brygadę i uniknął losu większości jej oficerów skazanych na karę śmierci. Schronienie znalazł we wsi Jasienica. Miejscowy proboszcz, Stanisław Falkowski, ukrywał go do czasu wygojenia się rany na swojej plebanii.
Po wojnie przyjął pseudonim Paweł Jasienica, rozpoczął pracę w "Tygodniku Powszechnym". Za swą partyzancką przeszłość w 1948 r. trafił do więzienia. Wyszedł za cenę zerwania z tygodnikiem i związania się PAX-em. Nie chciał jednak pisać tego, czego od niego oczekiwano. Zaczął uciekać w tematykę historyczną. Paradoksalnie, w świadomości społecznej istnieje dziś nie jako publicysta, lecz właśnie jako autor historii naszego kraju zapisanej w kolejnych tomach - od "Polski Piastów" przez "Polskę Jagiellonów" po "Rzeczpospolitą Obojga Narodów". Przez wiele lat w świadomości społecznej ciążyły też na nim zarzuty przynależności w okresie wojny do bezwzględnej bandy „Łupaszki” i zdrady postawione mu w 1968 r., po tym jak opowiedział się po stronie zbuntowanych studentów. 

W marcu 1964 Jasienica wspólnie z 33 polskimi intelektualistami, wśród których byli Melchior Wańkowicz, Stanisław Cat-Mackiewicz i Jerzy Turowicz, podpisał oficjalny protest - list 34 - skierowany do premiera Cyrankiewicza w związku z zaostrzeniem cenzury prasowej. Reakcją na to wystąpienie było znaczące nasilenie inwigilacji niepokornego autora.  Prześladowano go za sprzeciwianie się cenzurze i aktywną działalność w opozycji liberalno-demokratycznej. Od 1966 był wiceprzewodniczącym polskiego PEN Clubu. Brał udział w protestach przeciw zdjęciu z afisza Dziadów. Poparł otwarcie protest młodzieży akademickiej w 1968 roku, co doprowadziło do zakazu publikacji jego prac w latach 1968-1970 i usunięcia go ze Związku Literatów Polskich. Władysław Gomułka w roku 1968 publicznie pomówił Jasienicę o współpracę z aparatem władzy, mówiąc że "Śledztwo przeciwko Jasienicy zostało umorzone z powodów, które są mu znane. Został on zwolniony z więzienia. "Pomówienie to Jasienica odebrał bardzo ciężko i stanowiło ono dla niego problem aż do śmierci.
Nie będę się rozpisywał o bogatej i inspirującej twórczości historycznej Pawła Jasienicy. Większość jego książek to bestsellery na rynku wydawniczym do dziś ciszące się olbrzymią popularnością.
Życie i twórczość Pawła Jasienicy powinny być stawiane jako wymowny przykład zniewolenia pisarza w systemie, w którym wolność słowa była tylko czczym zapisem konstytucyjnym.
„Należę do pokolenia 68, które ma wobec Pawła Jasienicy dług szczególny – on właściwie zapłacił swoim życiem za to, że wziął w obronę nas, młodzież. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś mógł napisać, że byli w moim pokoleniu ludzie, którzy dochowali wierności przesłaniu Jasienicy. Którzy nigdy nie zapomnieli o jego pięknym życiu, o jego mądrych i odważnych książkach, o jego strasznej krzywdzie’ – napisał Adam Michnik.
Warto pamiętać o niezwykle frapującej, a zarazem tragicznej postaci pisarza publicysty, a przede wszystkim historyka i wielkiego patrioty i na tym przykładzie budować naszą rzeczywistość.
Do „Pamiętników” Pawła Jasienicy powrócę niebawem, bo są one niewyczerpanym źródłem miłości do „kraju lat dziecięcych”.

piątek, 4 listopada 2011

Taka sobie pętla



Jak się okazało pętla liczyła sobie tylko 5100 km. Na rowerze można ją było pokonać w ciągu 40 dni. To niecałe półtora miesiąca tegorocznych wakacji. Trasa wiodła z Knurowa na południe Polski, dalej przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię do tureckiego Istambułu, a stąd do Grecji, Albanii, Czarnogóry,  Chorwacji, Słowenii, Austrii, Czech i Polski. W sumie  -  13 krajów południowej Europy, aż w głowie się kręci od tego pedałowania. Średnio jak policzono ok. 120 km dziennie. Ale były etapy górskie, zwłaszcza ten trasą tarnsfogaraską przez rumuńskie Karpaty na wysokości  ponad 2000 m. npm. Dominowały upały, ale w wysokich górach temperatura spadała do kilku stopni Celsjusza. Były też ulewne deszcze i zachmurzenia, zwłaszcza w Chorwacji. Wtedy najmocniej się odczuwa tęsknotę za własnym domem, gdzie można usiąść na krzesełku przy normalnym stole i doświadczać przysmaków polskiej kuchni. Oczywiście jak w każdej tego rodzaju podróży nie brakowało przygód i zaskakujących sytuacji.
Właśnie opowieści o przygodach, jak n.p. o gościnności albańskiej rodziny muzułmańskiej, która zaprosiła wędrowców do domu, a nawet uraczyła kolacją ze swojską rakiją popijaną maślanką, budziły największe zaciekawienie gęsto wypełnionej salki  w  „Starej Piekarni” w Głuszycy.
Jak łatwo się domyślić piszę o kolejnym czwartku kulturalnym, cyklicznej imprezie organizowanej w restauracji w ostatni czwartek października, tym razem z bardzo urozmaiconym repertuarem.

Na początku był kabaret grupy artystycznej Zespołu Szkół w Głuszycy przygotowany z okazji Dnia Nauczyciela i trzeba przyznać świetnie zagrane przez młodzież scenki kabaretowe z życia szkoły wywoływały u widzów salwy śmiechu.

W przerwie zabawiał gości niewyczerpany w pomysłach rozrywkowych, artysta malarz i rzeźbiarz Mikołaj Butkiewicz z Dzierżoniowa, o którego magicznych sztuczkach pisałem już w jednym z wcześniejszych postów.

W dalszej części wieczoru mieliśmy okazję gościć sztygara kopalni Szczygłowice w Knurowie, poetę i obieżyświata rowerowego, Marka Juszczaka, któremu w jego autoprezentacji towarzyszyła muzycznie, znana już w „Starej Piekarni” Teresa Pietras z Jedliny-Zdroju. W jej wykonaniu usłyszeliśmy kilka piosenek z własnym akompaniamentem gitarowym.
To właśnie Marek Juszczak był „gwiazdą” tego wieczoru. Najpierw uraczył widzów odczytaniem swoich wzruszających wierszy o gnieździe rodzinnym  -  Głuszycy. A w dalszej kolejności opowieściami o swoich podróżach rowerowych wraz z kolegą Dominikiem, kamratem z kopalni w Knurowie, najpierw w Bieszczady, następnie dookoła Polski, a tego roku właśnie na południe Europy.
O Marku Juszczaku już pisałem w kilku postach, tak samo jak o Romanie Więczaszek z Brzegu nad Odrą, której zabrakło nam tego wieczoru z powodów osobistych, ale sercem i duszą była z nami tego wieczoru. Obydwoje od paru lat odwiedzają swoje rodzinne strony, spotykają się z młodzieżą i mieszkańcami miasta na cyklicznych potyczkach z poezją.
 

To był ósmy już z kolei atrakcyjny wieczór kulturalny w „Starej Piekarni” w Głuszycy. Piszę o tych czwartkach u Wioletty Olszewskiej, nowo narodzonej mecenas kultury z prawdziwą przyjemnością, bo jest o czym pisać i warto. W naszej małomiasteczkowej rzeczywistości tego rodzaju udane kulturalne eksperymenty, to rzecz godna podziwu i uznania.

Fot. Marka Juszczaka i Kasi Szynter

czwartek, 3 listopada 2011

Mamy portal na medal !



 Na ogół zimny i  smutny miesiąc listopad w tym roku zapowiada się miesiącem ciepłym i mile zaskakującym. Piszę o tym z umiarkowaną, choć nie pozbawioną optymizmu nutą nadziei.
To co zobaczyłem na nowej miejskiej stronie internetowej http://gluszyca.pl/ po prostu wzbudziło moje zainteresowanie. Nie przypuszczałem, że w dobiegającej już kresu mojej biografii doczekam się tego, że moje miasto, Głuszyca, miasto tak często doświadczane srogimi konsekwencjami wydarzeń historycznych, a także kataklizmów klimatycznych, miasto niezwykłe, wyjątkowe, jeśli chodzi o położenie, układ urbanistyczny i otaczającą je przyrodę, doczeka się wreszcie porządnego, na wysokim poziomie graficznym i artystycznym portalu, który potrafi zainteresować internautów i zachęcić do oglądania go nie tylko w internecie.
To co zobaczyłem na nowej stronie miejskiej robi takie wrażenie. Poczynając od znakomitej panoramy miasta,  zaproszenia do wirtualnych wycieczek w celu bliższego poznania atrakcji turystycznych Głuszycy, fotografii, oddających uroki krajobrazów i piękna przyrody, przejrzystego i czytelnego układu graficznego, ułatwiającego dotarcie do potrzebnych informacji i wreszcie rzecz niebywała dotąd  -  aktualnych, bieżących informacji o tym co się dzieje w mieście i gminie – to wszystko dla mnie osobiście jest spełnieniem, wydawało się już  nieosiągalnych standardów.
Przez kilka lat starałem się wpłynąć na bieg wydarzeń, pisząc o tym w „Głosie Głuszycy”, zachęcając przy każdej okazji, by na miejskiej stronie internetowej można było jak najwięcej dowiedzieć się o mieście, by znaleźć najświeższe informacje o tym co się w nim dzieje , by takie informacje wypełniały strony lokalnej  gazety. Pod koniec minionej kadencji władz miejskich coś się  zaczęło dziać pozytywnego. Prawdziwy renesans ma miejsce właśnie w tym momencie, jego odbiciem jest nowa miejska strona internetowa.
Niepokój budzi to, że nie wszystkie funkcje działają sprawnie, nie można wejść na stronę CK Miejska Biblioteka Publiczna, brakuje galerii zdjęć Głuszycy współczesnej i dawniej, w rubryce władze miejskie jest tylko prezentacja pani Burmistrz.
Zachęcam bardzo gorąco do otwarcia tej strony jak najszybciej. Proszę sobie od razu zarezerwować więcej czasu, bo nie łatwo jest oderwać się od jej oglądania i czytania. A ponadto, rzecz najważniejsza, są w portalu miejsca i możliwości, by pokazać piękno krajobrazów Głuszycy,  miasta i okolicznych wsi, znacznie lepiej niż to ma aktualnie miejsce. Trzeba tę szansę wykorzystać.

Zapraszam Czytelników bloga do odwiedzenia strony internetowej  mojego miasta. To miasto choć biedne, ma swój niezaprzeczalny urok. Teraz jesienią jest on niepowtarzalny. Skonfrontujmy obrazki na portalu, z tym co roztacza się przed oczyma, gdy tylko wyjdziemy na obrzeża miasta. Głuszyca jest piękna, widziana z otaczających ją wzgórz. Jeśli zadbamy o jej wnętrze, będzie cieszyć i nas, i osoby przybywające  z zewnątrz.
Pierwszy, ważny krok mamy już za sobą.

Fot. Violetty T. i  Roberta J.  z Kola Foto przy CK MBP w Głuszycy .

środa, 2 listopada 2011

Bezsens wojny


Klęska wrześniowa a następnie ponure lata okupacji niemieckiej pokazują jak tragiczne są skutki wojny, ile przyniosła ona  ze sobą zniszczeń, strat materialnych i osobowych, nieszczęść i cierpień prostych ludzi. W tej wojnie okazało się, że wojna jest bezsensowna zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony konfliktu zbrojnego.
Wspominając wojnę chcę zwrócić uwagę Czytelników na to, co się działo w tym czasie w niemieckiej Głuszycy. W jakim stopniu losy wojny odbiły się na dalszym rozwoju tego prężnego ośrodka włókienniczego i życiu jego mieszkańców. Bardzo pomocną w tym temacie okazuje się książka Łukasza Kazka i Bartosza Rdułtowskiego „W kręgu tajemnic Riese”. Znajdują się w niej interesujące relacje przesiedleńców niemieckich, byłych mieszkańców Głuszycy, którzy zgodzili się przekazać swoje wspomnienia z czasów wojny.
Wojna oszczędziła Głuszycę. Nie było w niej nalotów bombowych i ataków artyleryjskich. Zajęcie miasta przez wojska rosyjskie odbyło się bez jednego wystrzału. Być może odegrała tu rolę niemiecka inwestycja militarna w Górach Sowich pod kryptonimem „Riese”, którą Niemcy starali się ukryć przed światem, a Rosjanie odkryć jej tajemnicę. Rozpoczęcie tej budowy pod koniec 1943 roku zmieniło jednak w sposób wyraźny stosunkowo spokojny tryb życia miasta. Przede wszystkim wstrzymano produkcję włókienniczą, a tkalnie i przędzalnie dostosowano do potrzeb przemysłu zbrojeniowego. W Głuszycy pojawiło się wojsko, grupy SS i policji, a następnie duże ilości jeńców wojennych różnych narodowości, potem zaś więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Zbudowano dla nich w różnych punktach miasta i na jego obrzeżach drewniane baraki otoczone kolczastymi drutami, zabroniono miejscowej ludności pod karą śmierci wstępu do lasu, gdzie prowadzono dziwne roboty. Zjawiskiem codziennym były olbrzymie transporty materiałów budowlanych, maszyn, urządzeń. Często można było zaobserwować prowadzone pod eskortą kolumny wynędzniałych, obdartych i brudnych niewolników. Napisał o tym w swoich wspomnieniach Reinhard Hausmann, który w czasie wojny był małym chłopcem mieszkającym w Głuszycy na dzisiejszej ul. Dąbrowskiego:
„Z baraków wyskakiwali czasem nadzy ludzie, ale my nie pozwalaliśmy sobie na to, żeby tam podejść i dokładnie się przyjrzeć. Ja w każdym razie nie. Mówiono, że to Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, poddawani odwszawieniu. Pod koniec wojny przybywało obcych robotników w uniformach lub bez. Ale były też kobiety, które miały na ubraniu wyszytą niebieską literę „P”. Kiedy nie pracowali, wielu z nich mogło się swobodnie poruszać. Niektórzy szukali na polu ziemniaków. Głód był wtedy wielki… Bardzo złym i niezapomnianym dla mnie przeżyciem było spotkanie z Żydami, w drodze powrotnej z lekcji religii. Ich pochód szedł główną ulicą. Wędrowali ze spuszczonymi głowami w więziennych ubraniach i drewnianych chodakach na owiniętych słomą stopach. Pilnowali ich uzbrojeni strażnicy. Wracali z pracy. Na końcu pochodu pchano wóz, na którym leżała jakaś postać – martwy czy żywy? Przez wielką propagandę nacjonalistyczną byliśmy otępiali na tragedię i nędzę ludzi. Ale ten obraz utkwił w mojej głowie. Wiedziałem, że Żydzi pracowali w nieludzkich warunkach, ale że ich zabijano w obozach koncentracyjnych wtedy nie wiedzieliśmy. Po wojnie doszedłem do wniosku, że lepiej było dla mnie stracić ojczyznę i wszystkie dobra, niż może samemu, jako potwór w czarnym uniformie oficera SS, przynosić innym strach i cierpienie…”
To bardzo mądra refleksja Niemca, który utracił swoje gniazdo rodzinne, ale zachował spokój sumienia i rozsądną ocenę niemieckiego nazizmu.
 Wielu Niemców po wybuchu wojny dochodziło do podobnych wniosków, doświadczając bardzo ciężko jej skutków na własnej skórze.
Początek wojny nie spowodował większych zmian w życiu mieszkańców Wüstegiersdorf poza tym, że część mężczyzn, w tym pracowników fabryk włókienniczych, została powołana do wojska. Prasa i radio informowały na bieżąco o sukcesach armii niemieckiej. Wydawało się, że wojna skończy się szybko i na święta wrócą już wszyscy do domu. Wspomina o tym Hildegarda Fischer-Eicher wywodząca się z Głuszycy Górnej, ale przebywająca często u swoich dziadków zamieszkałych na ulicy Kolejowej w trzydziestodwurodzinnym budynku z czerwonej cegły, nazywanym „Zamkiem na górze”. Jej dziadek miał skromną rentę, roznosił więc „Głuszyckiego Gońca Granicznego”, lokalną gazetę po całej gminie. Dziadkowie mieli obok budynku ogród. Kwitły tam piękne kwiaty, rosły ziemniaki i warzywa, no i owoce – truskawki, maliny, porzeczki. Dla nich warto było małej dziewczynce pokonywać szmat drogi z Głuszycy Górnej. O wojnie mówi ona, co następuje:
„Także pierwsze lata wojny były dla nas znośne, chociaż wielu ojców i braci musiało wstąpić do armii i wiele rzeczy było reglamentowanych: żywność, ubrania, węgiel i inne. Od kwietnia 1940 do kwietnia 1941 roku musiałam jak wszystkie inne uczennice kończące szkołę odbyć obowiązkową roczną praktykę u rolnika. Potem rozpoczęłam naukę w banku w Głuszycy. Ten budynek jest naprzeciwko szkoły (gimnazjum) w Głuszycy. Jako praktykantka musiałam rano przynosić pocztę. Dyrektorem banku był żołnierz, a bank prowadziła jego żona. Mieli czwórkę dzieci i było jej ciężko pogodzić wszystkie obowiązki. Od 1942 roku byłam jedyną fachową siłą roboczą…
Pod koniec wojny mój ojciec został ponownie powołany do wojska. Ponad rok nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości.
8 maja 1945 roku musieliśmy dostarczyć pieniądze banku do kasy wojskowej, a następnego dnia przyszła armia radziecka. Niemcy skapitulowały! Nadszedł dla nas zły rok ciężkich prac ulicznych. A przede wszystkim brakowało jedzenia. Moja mama ważyła 42 kilogramy. W naszym mieszkaniu został zakwaterowany polski urzędnik, ten jednak traktował nas dobrze. Jego syn, który go odwiedzał, otwierał wszystkie skrzynki i zabierał wszystko co nam jeszcze pozostało. Na początku 1946 roku nasze piękne mieszkanie na pierwszym piętrze zajęła Polka. My musieliśmy się wyprowadzić do klitki w tym samym domu… Ciężko było przechodzić codziennie obok drzwi naszego mieszkania… Prawie normalne życie wróciło do nas od czerwca 1946 roku. Moja koleżanka ze szkoły wyprowadziła się z rodzicami do Niemiec i nowy polski właściciel ich gospodarstwa zatrudnił mnie jako pomoc domową. Chociaż praca była ciężka, byłam bardzo dobrze traktowana, siedziałam z nimi przy stole i dobrze mnie karmili. Moja mama zarabiała robiąc na drutach i szyjąc. Dzięki lepszemu jedzeniu ważyła 50 kilogramów. 6 czerwca 1947 roku i my zostaliśmy wypędzeni…”
To tylko dwa wspomnienia niemieckich prześledleńców z Głuszycy. W książce „W kręgu tajemnic Riese” znajdziemy ich więcej. Pokazują one tragedie ludzkie, które przyniosła za sobą bezsensowna wojna. Dobrze że z tej tragicznej lekcji potrafimy wyciągać wnioski pozwalające budować wspólną Europę bez konfliktów i  wojen. Czy jednak na długo?

Fot. z archiwum Grzegorza Czepila

wtorek, 1 listopada 2011

Dzień na refleksję

Fot. Roberta Janusza
A jednak jedziemy na groby moich rodziców. Na szczęście to niedaleko, ok. 70 km. pomiędzy Paczkowem, a Otmuchowem. 
Cmentarzyk przykościelny na wsi. Trzeba przyznać  -  jest tam spokojnie i uroczo. Przy okazji odwiedzimy rodzinę. A w drodze powrotnej już o zmroku imponująco wyglądają oświetlone zniczami cmentarze w Złotym Stoku (tuż przy drodze) i Nowej Rudzie (na zboczu wzgórza za miastem).
Dzisiaj nie będzie wpisu. To dzień na osobiste refleksje. Przypominam sobie powiedzenie naszego szkolnego palacza: "Pomyśleć, ile to trzeba się naruszać łopatą, żeby umrzeć!"