Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 7 lipca 2011

Jeszcze jedna zagadka




 O rozlicznych tajemnicach Dolnego Ślaska napisano już wiele. Specjalizuje się w tym wrocławska dziennikarka, Joanna Lamparska, której poświęcę więcej miejsca, w kolejnych blogach. Dziś zachęcam do wygodnego zajęcia miejsca w foteliku, by przeczytać o historii, wydawałoby się nie z tej ziemi. Wprawdzie nie dotyczy ona regionu wałbrzyskiego, ale działa się tuz tuż za miedzą. Aż wierzyć się nie chce, że coś takiego mogło mieć miejsce.
 Warto wybrać się na ciekawą wycieczkę w nieodległe Rudawy Janowickie. Dla osób z własnym samochodem, to żadna przeszkoda. Można tu też przyjechać pociągiem lub autobusem i dalej udać się na wycieczkę pieszo.
Zachęcam na szczególną wyprawę, bo jest to wyprawa w niedaleką przeszłość, ale głównie oczyma swej wyobraźni.
Zapraszam do odwiedzenia byłego, pięknego miasteczka, które jawi się nam obecnie jedynie jako  miasto z koszmarnego snu.
Okazuje się, że nasz region jest naszpikowany tajemniczymi miejscami jak rodzynki w cieście. Osobom chłonnym ciekawostek i paradoksów  proponuję miejsce,  które zdumiewa i intryguje nie mniej niż podziemne sztolnie w Walimiu i Głuszycy. 
Mowa o miasteczku widmo -  Miedziance, miejscowości znanej przed wojną jako najmniejsze i najwyżej położone miasteczko Rzeszy, Kupferberg.
Jadąc pociągiem z Jeleniej Góry do Wałbrzycha można dostrzec w pobliżu Marciszowa w gęstwinie leśnej wieżę kościoła z nieczynnym zegarem. To właśnie tu na Miedzianej Górze (420 m. npm.), w obecnej gminie Janowice Wielkie było miasto przed i po wojnie, po którym dzisiaj zostało niewiele śladów. Z cudem ocalałej w dokumentach pokopalnianych starej mapki można się dowiedzieć, że pod Miedzianką jest więcej korytarzy, tuneli i sztolni, niż wydaje się wszystkim poszukiwaczom skarbów i przygód razem wziętych. Skąd się wzięły te podziemne labirynty, co się stało, że w miejscu dawnego miasteczka rosną dzisiaj jedynie bujne trawy, drzewa i krzewy?
W 1945 roku małe, pulsujące życiem poniemieckie miasteczko otrzymało nazwę Miedzianka.. Od 1949 roku było to miast górników. Nocą i dniem pracowali oni pod ziemią, ale nikt im nie mówił co kopią. Plotka głosiła, że wydobywają rudy miedzi, srebra i złota. To było prześliczne miasto, najpiękniejsze na Śląsku. Najstarsi ludzie, ci co pamiętają Kupferberg mówią, że najpiękniejsze na świecie. Niewielki rynek otaczały kamieniczki z podcieniami, na środku tryskała wodą  rzeźbiona w kamieniu fontanna. Nocą odbijały się w niej światła gazowych latarni. Były w tym miasteczku dwa kina, dwa kościoły, dom kultury, apteka, sklepy kolonialne, restauracja, dwa bary, jadłodajnia górnicza, kawiarenki, hotele, punkty usługowe, słowem wszystko co potrzebne do życia..  W 1967 roku żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wysadzili w powietrze zabudowania kościoła ewangelickiego. Świadkowie tego zdarzenia mówią, że widzieli jak kościół poleciał do nieba. Pod koniec lat sześćdziesiątych kontynuowano ewakuację i wyburzanie Miedzianki. Na początku lat siedemdziesiątych miejscowość opustoszała do reszty, pozostało po niej kilka bezładnie rozrzuconych domów, a w  gąszczu krzaków wspomniany już kościół katolicki. Co spowodowało śmierć miasta? Jak to możliwe, że coś takiego mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie, nieopodal turystycznej Mekki Dolnego Śląska, Jeleniej Góry, w atrakcyjnej krajobrazowo okolicy Rudaw Janowickich.
Okazuje się, że przekleństwem miasteczka stało się to, co odkryli zwycięzcy sołdaci w głębi ziemi, w sztolniach nieczynnej poniemieckiej kopalni. A był to uran, rzecz bezcenna dla Radzieckiej Armii. Zaraz po wojnie ruszyła kopalnia uranu. Z różnych stron Polski, głównie ze wschodu, napływali ochotnicy do pracy. Rygor wojskowy nie przeszkadzał, bo radzieccy włodarze zapewniali niezłą płacę i rozrywkę. Nikt nie straszył skutkami bliskiego kontaktu z rudą uranu. One dały o sobie znać po kilku latach. Gdy możliwości eksploatacyjne stały się mniej korzystne, a trudne warunki pracy kończyły się nieuchronnie dla górników rakiem płuc, gruźlicą, pylicą, trzeba było jak najszybciej zakończyć wydobycie. Proces stopniowej likwidacji rozpoczął się już w roku 1953. Należało pozacierać wszelkie ślady. Najlepiej wyeksmitować ludność, zrównać miasto z ziemią.
 Kto ostatecznie wydał wyrok na miasto, można się tylko domyślić. Wiadomo że UB i NKWD w  czasach stalinowskich to był faktyczny, współpracujący ze sobą aparat władzy w Polsce. Ale miasto umarło dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Czy chodziło tylko i wyłącznie o ochronę ludzi przed skażeniem popromiennym? A może właśnie o ukrycie prawdy o nieludzkiej eksploatacji złóż uranowych przez wschodniego sojusznika, zatarcie faktycznych skutków tej mistyfikacji. Mówił o tym na spotkaniu pod Osówką w Głuszycy profesor J. Wilczur, Członek Państwowej Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, autor wielu książek i opracowań naukowych, wskazując na liczne dowody utajnionej ingerencji osób zainteresowanych zacieraniem śladów przestępczej działalności wojskowej. To symptomatyczne jak obydwie historie – podziemi Włodarza i Miedzianej Góry  ze sobą się splatają.
„Gułag – Miedzianka”, tak zatytułował swój reportaż  Michał Bońko na stronie internetowej „Forum Karpackich”. Cytuję znamienny fragment tego reportażu:
„To było miasto jak ze snu – mówi z zachwytem Irena Kamińska, przewodnicząca Gminnej Rady Narodowej w latach 1966 – 72, wicewojewodzina jeleniogórska w latach 1975-81, mieszkanka Janowic Wielkich. Niejedno miasto widziałam, ale każde z nich było gorsze, brzydsze, mniej rodzinne od Miedzianki. Tu o każdej porze dnia i o każdej porze roku było lepiej niż gdzie indziej.
Miasto jak ze snu było dla wielu osób miastem dzieciństwa. Tu chodziłem do szkoły, do kościoła, do sklepów, do fryzjera i do kawiarni, mówi Aleksander Królikowski, mieszkaniec Miedzianki. Na własne oczy widziałem sztolnie i górników uranowych. Widziałem jak po drabinach schodzili w dół i osrebrzeni powracali na powierzchnię.  Potem widziałem jak to miasto wysadzali dynamitem w powietrze. To nie byli Rosjanie, to już byli na sowieckich służbach Polacy.”
Do dziś zachował się duży kościół, do którego zjeżdżają co niedziela ludzie z najbliższej okolicy, kilka domów „z odzysku”, których nie udało się do reszty unicestwić i pokaźna ilość zarośniętych włazów podziemnych. To jest raj dla poszukiwaczy skarbów, odkrywców tajemnic, ale być może także dla zwykłych ciekawskich, pobudzonych coraz to liczniejszymi publikacjami o miasteczku na którym tak sromotnie zaciążyło „uranowe przekleństwo”.

O zdumiewających losach Miedzianki czytamy w przejmującym artykule „Polityki” nr 41 znanego już nam dziennikarza Filipa Springera, który odwiedził Głuszycę w połowie października 2007 roku w poszukiwaniu śladów Olgi Tokarczuk.. Artykuł nosi tytuł – „Nie ma już miasteczka”. Znajdziemy w nim więcej szczegółów, a także wzruszające refleksje byłych mieszkańców niemieckiego Kupferberga i radziecko-polskiej Miedzianki. Zarówno artykuł z „Polityki” jak i inne  merytoryczne informacje o pobliskim „mieście – widmie” odszukamy z łatwością w Internecie. 

środa, 6 lipca 2011

Zagadkowa Kwatera A. Hitlera w Górach Sowich, cz. III



Zagadkową inwestycją militarną III Rzeszy w Górach Sowich zainteresowała się w1964 roku warszawska gazeta „Kulisy. Express Wieczorny”. Pod jej auspicjami we współpracy z „Żołnierzem Wolności” oraz Główną Komisją do Badania Zbrodni Hitlerowskich zorganizowana została kilkunastoosobowa wyprawa w Góry Sowie złożona z żołnierzy saperów i specjalistów grotołazów. Okazało się, że ten spontanicznie zaimprowizowany rekonesans zrobił piorunujące wrażenie na uczestnikach.  W zamieszczonym na pierwszej stronie artykule pod  tytułem „Czy kryptonim „Wielka Sowa” kryje w sobie tajemnicę Wunderwaffe von Brauna ?” czytamy: „po przeczesaniu terenu o przestrzeni kilkunastu kilometrów zlokalizowanych zostało 19 wejść i otworów podziemnych tuneli, zamaskowane i ukryte w lasach, prowadzące w głąb ziemi sztolnie, prostokątne bunkry wielkości kamienicy wbudowane w ziemię, sztuczny las posadzony w beczkach dla zamaskowania terenu, pozostałości obozowych baraków, resztki wysadzonych budynków, wykopy, nasypy, bunkry. Samo przejście labiryntu, a raczej szachownicy podziemnych korytarzy, gdyż przecinają się one ze sobą pod kątem prostym i dokładne ich zbadanie – to robota na wiele tygodni dla kilku takich grup jak nasza. A przecież warto by jeszcze spróbować usunąć z drogi przeszkody i przynajmniej w kilku miejscach przebić się przez zwały kamiennego gruzu, w głąb zasypanych podziemi, aby przekonać się, co usiłowali ukryć przed ludzkim okiem ci, którzy je zawalili.”
I dalej bardzo znamienna refleksja autorów artykułu:
„Jedno jest pewne: jeżeli hitlerowski przemysł zbrojeniowy wyczerpawszy niemal wszystkie rezerwy stali i betonu na budowę wału atlantyckiego i umocnień na wschodzie, podjął się zakrojonej na tak wielką skalę budowy podziemnych i naziemnych instalacji urządzeń wojennych, to musiała to być na pewno sprawa o pierwszorzędnym znaczeniu strategicznym.”
Trzeba z uznaniem i podziwem odnieść się do wniosków grupy autorów artykułu, B. Świątkiewicza i B. Węgierskiego, którzy nie ulegli  pogłoskom o kwaterze Hitlera w Górach Sowich.  Z obserwacji poczynionych przez grupę poszukiwaczy wynikało jasno, że tak szeroko zakrojona i z takim rozmachem prowadzona inwestycja musiała służyć znacznie poważniejszym celom.
Duża część artykułu w „Kulisach”  poświęcona jest makabrycznym warunkom, w jakich wykonywane były roboty górnicze i budowlane przez dziesiątki tysięcy najpierw jeńców wojennych z całej Europy, a następnie więźniów obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Cytowane są listy Czytelników, byłych więźniów pracujących przy drążeniu podziemnych tuneli w Górach Sowich, którym cudem udało się uratować życie.
Interesujące jest zakończenie artykułu, gdzie odkrywamy zagadkę zasygnalizowaną w jego tytule, a dotyczącą tajemnicy Wernhera von Brauna:
„Jest pewien człowiek w Ameryce, który mógłby uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, jakim celom służyły instalowane tu żelazo-betonowe urządzenia. Znamy jego adres i wiemy, że dalej interesuje się tymi sprawami, i pracuje w tym samym zawodzie  - na innym terenie. Tym człowiekiem jest Werner von Braun, dyrektor techniczny paliw płynnych i wyrzutni rakietowych w Peenemünde, generalny dowódca i ekspert od tych spraw w czasie wojny w Trzeciej Rzeszy Hitlera, a obecnie obywatel amerykański, zamieszkały w stanie Alabama i będący na usługach USA".
Możemy się domyślić, że nie było takich możliwości, by dotrzeć i cokolwiek wydobyć od pracującego wówczas dla Amerykanów niemieckiego naukowca von Brauna. Był to czas „zimnej wojny” pomiędzy Wschodem i Zachodem, a tajemnice hitlerowskich planów produkcji zbrojeniowej chronione są przez wszystkie wywiady państw zainteresowanych do dziś, mimo że mamy już NATO i Unię Europejską.
Ale „Kulisy” nie zrezygnowały tak łatwo z interesującego tematu – zagadki: co się kryje w tajemniczych podziemiach Włodarza? W kilka lat później, w 1971 roku przybyła tutaj następna grupa wywiadowcza, tym razem złożona z uczniów IV Liceum Ogólnokształcącego nr 5 w Warszawie oraz członków klubu turystyki pieszej „Nietoperz” z Wałbrzycha. Akcja „Sowa 71” miała na celu penetrację i sporządzenie planów podziemi w Walimiu i okolicach oraz zebranie materiałów na temat przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy. Głównym organizatorem ekspedycji był młody licealista z Warszawy, Zbyszek Dawidowicz, zainspirowany  artykułami na ten temat w stołecznej prasie. To właśnie jemu w dużej części poświęciła obszerny artykuł w „Kulisach” Lilianna Olchowik. Oto co dowiadujemy się o efektach tej wyprawy, która rozpoczęła się 26 czerwca z udziałem 13 uczestników, zaopatrzonych w niezbędne narzędzia i sprzęt przez Ligę Obrony Kraju.:
„Spędzili w Walimiu ponad miesiąc. Udało im się przy pomocy Kazimierza Fedorowicza, przewodniczącego Koła ZBoWiD w Walimiu, który praktycznie sam usiłuje opiekować się olbrzymim terenem, przemierzyć kilkadziesiąt kilometrów tuneli. Odkryli nieznane jeszcze odcinki lochów na zboczu Jawornika, dotarli do komory składającej się z trzech sal, w której gazowano więźniów spalinami, mierzyli głębokość sztolni ukrytych w lesie, zbierali relacje mieszkańców okolicznych miejscowości, troskliwie zabezpieczali każdy ślad męczeństwa więźniów drążących ongiś fortecę.”
Zbyszek Dawidowicz miał wielkie plany zabezpieczenia i ochrony miejsc, gdzie prowadzone były roboty w kompleksie „Riese”. Ale wcześniej studiował historię na Uniwersytecie Warszawskim, później dopiero zająć się tajemnicą Gór Sowich. Wiadomo, że pozostał wierny do dziś swej młodzieńczej pasji, podobnie jak późniejszy inny odkrywca, Jerzy Cera z Krakowa. Obaj prowadzą nadal badania i piszą książki rozszerzające wiedzę o niemieckich wojskowych przedsięwzięciach inwestycyjnych na tym terenie.

Dziś już nie ma wątpliwości co do faktycznych planów sztabu wojennego A. Hitlera w Górach Sowich. W tej chwili zagadką jest nad jakimi konkretnymi rodzajami broni mieli pracować naukowcy w tutejszych podziemnych laboratoriach, co miało tam być wytwarzane i czy miała to być broń nuklearna. W książce, o której już pisałem w moim blogu, „Podziemia III Rzeszy” Jerzego Rostkowskiego, poznajemy w szczegółach plany produkcji bomby atomowej w podziemiach kopalnianych pod Wałbrzychem. Jedne i drugie podziemia (pod Wałbrzychem i w Górach Sowich) miały zapewne stanowić system naczyń połączonych, tak jak cały region wałbrzyski miał się stać centrum przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy.

wtorek, 5 lipca 2011

Zagadkowa Kwatera A. Hitlera w Górach Sowich, cz. II




Bardzo sobie cenię zwięzłe, lapidarne wprowadzenie Artura Szałkowskiego do bogato ilustrowanego współczesnymi zdjęciami artykułu „Turystyka śladami wojny. Poniemieckie, tajne budowle z czasów II wojny światowej przyciągają do Wałbrzycha zwiedzających z całego świata” w dodatku „Panorama” – „Gazety Wrocławskiej, Słowa Polskiego” z 14. 08. 2007 r. Dziennikarz nie daje się ponieść fantazji, nie czyha na tanią sensację i nie próbuje epatować Czytelników mirażami o kwaterze Hitlera w masywie Włodarza. Oto co napisał we wstępie tego artykułu:
„Riese (niem. Olbrzym) – to kryptonim największego projektu górniczo-budowlanego III Rzeszy. Realizowano go w latach 1943-1945 na terenie Gór Sowich oraz na i pod zamkiem Książ. Wobec nasilających się alianckich nalotów bombowych, władze hitlerowskich Niemiec zdecydowały o ulokowaniu części przemysłu zbrojeniowego w bezpiecznym rejonie Sudetów. W tym samym okresie podjęto również decyzję o przekształceniu zamku Książ w jedną z kwater Adolf Hitlera…
Według danych z września 1944 roku budowa pochłonęła ponad 150 mln. marek Do wykonania podziemnych konstrukcji użyto 257 tysięcy metrów sześciennych betonu zbrojonego stalą. Wykonano 213 tysięcy metrów sześciennych tuneli, 53 km. dróg z sześcioma mostami i 100 km. rurociągów. Tylko na sam projekt Riese zużyto więcej betonu niż w całym 1944 roku przyznano ludności cywilnej na budowę schronów. Prace zostały wykonane tylko w części. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej wiele podziemnych konstrukcji zostało zniszczonych. Niemcy wysadzili w powietrze większość wykutych w skale tuneli. Liczbę więźniów pracujących przy projekcie Riese ocenia się na około 30 tysięcy. Większość zginęła w efekcie przemęczenia, niedożywienia, chorób”.
Te wszystkie dane liczbowe przytoczone przez A. Szałkowskiego świadczą o monumentalnych rozmiarach i niezwykłych kosztach inwestycji. Nawet na prosty, chłopski rozum trudno się zgodzić, że chodziło tu o kwaterę znanego z megalomanii wodza III Rzeszy, tak samo jak o rzekome schrony dla dowództwa różnych rodzajów wojsk. To musiał być cel znacznie poważniejszy, uzasadniający tak niewyobrażalne ilości materiałów budowlanych i pieniędzy, zaangażowanie licznych firm budowlanych, projektantów, inżynierów, wojskowych,  nie mówiąc o katorżniczej pracy tysięcy jeńców wojennych i więźniów obozów śmierci.

Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu w piśmie z 13.3.1968 r. do Ministerstwa Sprawiedliwości twierdziła, że władze III Rzeszy budowały podziemną fabrykę broni rakietowej V1 i V2. Oto cytat z tego dokumentu:
„W Walimiu  (Wüste-Waltersdorf)  w latach 1943-45 władze III Rzeszy budowały podziemne fabryki broni rakietowej  V1 i  V2. Główny kompleks pomieszczeń od strony Głuszycy był w końcowych dniach II wojny światowej prawie na ukończeniu. W rejonie tego głównego kompleksu wybudowano 8 podziemnych wejść otaczających wieńcem główny kompleks, a od tych wejść prowadziły korytarze do wykutych w skałach pomieszczeń, z których niektóre zostały już wykończone, obetonowane, zaopatrzone w oświetlenie elektryczne i do tych pomieszczeń zaczęto sprowadzać maszyny i urządzenia do produkcji broni rakietowej.”

Wspomniany przeze mnie Józef Piszczek przytacza  fragmenty artykułów Mariana Surmy w „Dzienniku Zachodnim”:
11.06. 1948: „Głuszyca jest znana szeroko z tego, ze Niemcy rozpoczęli tam budowę gigantycznej fabryki podziemnej… podziurawiono wszystkie okoliczne wzgórza, w Modrzewiach, Kolcach, Sierpnicy, a także w Jugowicach, gdzie znajduje się drugi kompleks fabryk podziemnych”,
10.04 1950 : „co to za fabryka miała być? Może fabryka amunicji, może fabryka części samolotowych, może wytwórnia części do rakiet V1 i V2, a może broni atomowej…”
W „Panoramie” z 4.09. 1955 M. Surma kontynuuje swoje rozważania: „Wzgórze 810 kryje w sobie niedokończone pomieszczenia dla jakichś wielkich zakładów produkcyjnych, zasilanych własną podziemną elektrownią. Teraz już wiemy: wnętrze wzgórza 810 przeznaczono na jeden z wielkich zakładów zbrojeniowych specjalnego typu. Kto wie, czy nie na coś związanego z bronią rakietową.”

Wzgórze 810 to zapewne Włodarz, bo ma dokładnie 811 m. wysokości. To samo można by powiedzieć o przeznaczeniu wnętrz Osówki o 100 m. niższej, ale w rozmiarze podziemnych korytarzy i sztolni niewiele ustępującej Włodarzowi. Osówka ma tę przewagę nad Włodarzem, że zachowały się na zewnątrz góry tajemnicze budowle, tak zwane Kasyno Hitlera i Siłownia, których przeznaczenie stanowi do dziś przedmiot dociekań i sporów. W pobliżu Osówki na zboczach Sobonia zbudowano podobne obiekty naziemne, a pod ziemią sztolnie z trzema osobnymi wejściami.
Trudno powiedzieć dlaczego przyjęto a priori, że Kwatera Hitlera nosi w sobie większą moc sensacyjności, aniżeli podziemne, wykute w skale fabryki produkujące broń, która miała wstrząsnąć światem. Temu złudzeniu nie ulegli odkrywcy tajemniczych sztolni podejmujący się trudu ich zagospodarowania dla celów turystycznych. W Walimiu od samego początku pojawiła się oficjalna nazwa obiektu  - Fabryki Broni, w Głuszycy – Podziemne Miasto, tylko prywatny dzierżawca podziemi pod Włodarzem zdecydował się wabić turystów przydrożnymi tablicami z napisem: Włodarz. Kwatera Hitlera. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Gorzej  jeśli takie autorytarne sądy pojawiają się w związanej z tajemnicą „Riese”, coraz bogatszej literaturze.
Zanim nastąpi odtajnienie niemieckich archiwów warto zachować wstrzemięźliwość w ferowaniu jednoznacznych opinii Dotyczy to zwłaszcza wydawnictw naukowych, ale również popularno-naukowych, publikacji prasowych, a także tego, co przekazują turystom przewodnicy w czasie zwiedzania atrakcji turystycznych w Walimiu, Głuszycy, na zamku Książ. Pan Józef Piszczek podjął tę walkę jak Don Kichot z La Manchy z wiatrakami, od wielu lat usiłuje się przebić z wieloma argumentami wskazującymi, że kwatera Hitlera w Górach Sowich, to tylko legenda, a nam w odniesieniu do nie tak odległych wydarzeń historycznych potrzebna jest prawda.
 

poniedziałek, 4 lipca 2011

Zagadkowa Kwatera A. Hitlera w Górach Sowich, część I


Powracam do niezwykle intrygującej i wciąż rozpalającej namiętności badaczy i zainteresowanych zagadki niemieckiej inwestycji militarnej w Górach Sowich pod koniec wojny, znanej pod kryptonimem "Riese", czyli "Olbrzym". To co napiszę jest efektem moich osobistych dociekań, w których listy pisane do mnie przez wrocławskiego emerytowanego oficera wojska polskiego, Jozefa Piszczka, odegrały decydującą rolę. Mam nadzieję, że ten trzyodcinkowy cykl pod wspólnym tytułem "Zagadkowa Kwatera A. Hitlera w Górach Sowich" wzbudzi zainteresowanie Czytelników.
To brzmi niezwykle atrakcyjnie  -  Ostatnia Kwatera Hitlera w Górach Sowich na Dolnym Śląsku - ma posmak zagadki i sensacji. Od razu wywołuje zaciekawienie, chęć bliższego poznania. Hitler miał liczne kwatery rozsiane po całej Rzeszy, a także na Ukrainie. W Polsce było i jest głośno o takiej kwaterze, ale na Mazurach  koło Kętrzyna. Wszyscy już oswoiliśmy się z widokiem betonowego bunkra prowadzącego do kętrzyńskich podziemi, wiemy że tam właśnie miał miejsce 20 lipca 1944 r. ostatni nieudany zamach na wodza III Rzeszy w wykonaniu szefa sztabu Armii Rezerwowej, płk. Clausa Schenka von Stauffenberga. Hitlera uratowała dębowa noga dużego stołu, która zamortyzowała siłę ładunku wybuchowego umieszczonego w walizce podłożonej pod stołem przez zamachowca. W Wilczym Szańcu spędził Adolf Hitler z przerwami 880 dni podczas II wojny światowej. To jest więcej niż dwa lata. Czuł się tam dobrze i bezpiecznie. Po co potrzebna mu była kolejna Kwatera, budowana zresztą od podstaw w miejscu nie tak wyludnionym jak Gierłoża?
 Potrzeby i ambicje Adolfa Hitlera  na Dolnym Śląsku mógł z powodzeniem zaspokoić monumentalny zamek Książ pod Wałbrzychem wraz z potężnymi schronami w podziemiach zamkowych. Niezwykle trudna i kosztowna budowa „Olbrzyma” polegająca na drążeniu podziemnych korytarzy promieniście z różnych stron w masywie Włodarza, zmierzających do wspólnego przewidzianego w środku masywu centrum, to przedsięwzięcie przerastające potrzeby zwykłego podziemnego schronu dla sztabu wojskowego III Rzeszy. Dlatego logicznym wydaje się poszukiwanie zupełnie innego celu tej inwestycji.
Tymczasem odkrycie tajemniczej inwestycji militarnej „Riese” w Górach Sowich już od samego początku utożsamiano z budową kolejnej kwatery. Takie przeznaczenie tej budowy sugerował Zygmunt Mosingiewicz w swoich artykułach z 1947 roku w „Słowie Polskim”, a później wielu innych dziennikarzy, badaczy, autorów książek
Interesujący się tym tematem Wrocławianin, emerytowany wojskowy Józef Piszczek, od lat stara się sprowadzić dyskusję dotyczącą prawdziwego celu budowy na właściwe tory. Denerwują go autorytatywne opinie naukowców, autorów książek, a także przewodników wycieczek turystycznych, że miała to być kolejna kwatera Hitlera w Górach Sowich. To właśnie Józef Piszczek nazwał te opinie bajeczką dla naiwnych turystów odwiedzających lochy, twierdząc że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. I przedkłada przekonywujące, logiczne przesłanki o zupełnie innym przeznaczeniu obiektów. Warto się przyjrzeć bliżej jego argumentom, aby być bardziej ostrożnym w formułowaniu sądów.
Na początek trzeba przyjrzeć się bliżej osobie inż. Antoniego Dalmusa towarzyszącego Zygmuntowi Mosingiewiczowi w jego wyprawach w Góry Sowie .Oto co pisze Józef Piszczek na ten temat:
„O Dalmusie napisano już dużo, ale nie ustalono kim on faktycznie był i co robił w czasie wojny. Inż. Mazur w sprawozdaniu z 28. 05. 1947 r. napisał, że przesłuchiwał Austriaka o nazwisku Dalmus. Inspektor penetracyjny Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych we Wrocławiu, Marian Biatasik w sprawozdaniu z 31.03. 1948 r. też potwierdza, że Dalmus był Austriakiem, ale inny inspektor tego samego przedsiębiorstwa, Feliks Pluciński w sprawozdaniu z 27.11. 1948 r. napisał, że Dalmus był Niemcem.
Również funkcja służbowa (stanowisko pracy) i zakres wykonywanej przez niego pracy w Górach Sowich były opisywane niejednoznacznie. Mosingiewicz pisał, że Dalmus był projektodawcą, a w innym miejscu napisał, że był on jednym z współtwórców tego podziemnego miasta. Inż. Mazur napisał, że Dalmus był kierownikiem budowy obiektu w Głuszycy, przewidzianego na kwaterę Hitlera. Sprawozdanie władz wojskowych z 10. 11. 1954 r. ma takie zakończenie: „Powyższe dane opracowałem na podstawie wywiadu miejscowych władz terenowych oraz inż. Dalmusa Antoniego, który pracował przy budowie w.w. obiektów jako jeden z inżynierów budowy i po wyzwoleniu pozostał w Polsce (nie umie mówić po polsku).”
Dalmus urodził się w Wiedniu i ukończył dwie wyższe uczelnie. Dlatego trudno zrozumieć dlaczego ten wykształcony Austriak (?) pozostał po wojnie w Polsce, a także dlaczego Dalmus „poszedł pracować dla resortu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”, a funkcjonariusze SB darzyli go tak wielkim zaufaniem.
Ciekawa jest również sprawa, dlaczego dziennikarze „w ciemno” powtarzali opowiadania Dalmusa bez najmniejszej wątpliwości, chociaż na zdrowy rozum było widać, że opowiada bzdury…
Pierwsze informacje o kwaterze Hitlera w Górach Sowich ukazały się w r. 1947. Dalmus opowiadał i pokazywał obiekty w górach, a dziennikarze i urzędnicy państwowi bezkrytycznie z tego korzystali. Był on jedynym źródłem informacji, bardzo wiarygodnym, bo był „budowniczym” tych obiektów, mógł więc mówić i pokazywać to co chciał.”
Warto dodać, że tajemnicą pozostają dalsze losy inż. Dalmusa, gdzieś się rozpłynął pod koniec lat 50-tych, kiedy już spełnił swoje zadanie.
W dalszej części listu, który otrzymałem od Józefa Piszczka, przytacza on szczegóły jak rozwijała się w prasie i publicystyce „złota myśl” wywodząca się od inż. Dalmusa o wyłącznym przeznaczeniu inwestycji jako kwatery Hitlera. Tę tezę przejął Leon Kucharzewski, który w marcu i kwietniu 1951 roku  w Słowie Polskim” konfabulował jeszcze dalej, pisząc o budowanej z pośpiechem w Górach Sowich nie tylko „jaskini Hitlera”, ale o pomieszczeniach dla wszystkich rodzajów wojsk Wehrmachtu. Warto przytoczyć za J. Piszczkiem kilka frapujących cytatów z artykułów Kucharzewskiego:
- „ogromne, podziemne miasto, przeznaczono na siedzibę głównej kwatery wojsk hitlerowskich i na kryjówkę największych zbrodniarzy świata”,
- „natknęliśmy się najpierw na kwaterę głównodowodzącego flotą”,
- „do podziemnej siedziby Göringa prowadzi pięć wejść w Jugowicach. Göring budował miasteczko większe od osiedla Hitlera. Trzecia co do wielkości jest kwatera Gebelsa..”
- „Keitel wybrał dla siebie miejscowość Ludwikowice, gdzie miała powstać główna kwatera piechoty i … kawalerii”,
- „Głowna kwatera Hitlera… prowadzą do niej dwa wejścia: jedno z Walimia, drugie z Kolc”,
- „Kwatera Hitlera składa się z trzech obiektów: jednego na powierzchni ziemi i dwóch pod ziemią. Oddziały te wyglądają jak trzy miasteczka stojące jedno nad drugim. Miała je wszystkie łączyć winda”.
Trudno się dziwić fantazjom dziennikarza, skoro i jego wyraźnie zaskoczył ogrom i rozmach tej inwestycji, daleko  wykraczającej poza potrzeby samego sztabu generalnego wodza III Rzeszy.
A potem - kwatera Hitlera w Górach Sowich - zakorzeniła się na stałe w publikacjach zarówno popularnonaukowych jak i naukowych. Potwierdzeniem tej tezy były cytaty z dostępnych wypowiedzi dygnitarzy z otoczenia Hitlera na czele z Albertem Speerem, ministrem do spraw uzbrojenia i amunicji III Rzeszy. Wszyscy oni zgodnym chórem utrzymywali, że była to kolejna FHQ ( Führerhauptquartier), czyli Główna Kwatera Führera.
Tymczasem wiele na to wskazuje, że był to tylko kamuflaż. Chodziło o utajnienie faktycznego celu budowy, którym była podziemna fabryka nowoczesnej broni, aby się nie powtórzyła historia z Penemünde, gdzie angielskie Lancastery 17 i 18 sierpnia 1943 r. zbombardowały doszczętnie także przecież utajnioną, ale naziemną fabrykę nowoczesnych rakiet V1 i V2, rozwiewając na zawsze mit o niemieckiej Wunderwaffe. Inż. Dalmus mógł mieć poruczone specjalne zadanie zmylenia tropu, zwłaszcza że w momencie wycofania się Niemców z terenu Gór Sowich istniała nadzieja na szybki powrót i dalszą kontynuację inwestycji, od której mógł zależeć sukces militarny Niemiec w tej wojnie.
Sprawa inż. Anthona Dalmusa (niektórzy publicyści podają to nazwisko z literą „o” - Dolmusa) jest tylko jednym z argumentów stawiających pod znakiem zapytania oficjalny, według źródeł sztabu Hitlera, cel i przeznaczenie budowy podziemnego miasta w masywie Włodarza. O innych przesłankach przytoczonych w liście Józefa Piszczka z Wrocławia w następnym poście.  

niedziela, 3 lipca 2011

Być pisarzem.

 „Pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej, niż wszystkim innym ludziom” – napisał Tomasz Mann.  Ile trzeba było lat spędzić przy biurku nad białymi nie zapisanymi arkuszami papieru, by stały się one książkami rozchwytywanymi przez czytelników na całym świecie? A ile czasu na medytacje, by w końcu dojść do sentencji odnotowanej na wstępie?
Ponieważ pisać jest mi coraz trudniej, wniosek nasuwa się sam – jestem pisarzem. Ale od razu proszę Czytelników posądzających mnie w tym momencie o megalomanię, poczekajcie z tym osądem do końca tego postu.
Być pisarzem, to było moje marzenie od dziecka. Zrodziło się wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka nie byle jaka, a mam ją do dziś i skrywam jak talizman, choć to książka, którą dzisiejsza Święta Inkwizycja, zwana dla niepoznaki IPN-em, skazała by  na spalenie na stosie. To jeden z pierwszych powojennych podręczników do nauki języka polskiego, wydany w 1946 roku  przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie, a nosi tytuł „Nie rzucim ziemi… Czytanka do użytku kursów dla dorosłych na Ziemiach Odzyskanych”. Wbrew temu czego można by się spodziewać nie jest to książka przesiąknięta do reszty ideologią komunizmu, wręcz przeciwnie można by się z niej uczyć patriotyzmu, szacunku dla mowy ojczystej, dla wielkich twórców polskiej literatury. Poczesne miejsce w niej zajmują i Mickiewicz, i Słowacki, i Sienkiewicz, i Żeromski, i Maria Konopnicka, i wielu jeszcze innych znanych pisarzy polskich. Są to oczywiście wypisy, które jak pisze we wstępie wydawca, mają służyć „jako pomoc nauczycielowi kursów dla dorosłych w doborze odpowiednich tematów.  Które czytanki nauczyciel wykorzysta jako materiał pomocniczy dla siebie, a które przeznaczy bezpośrednio dla słuchaczy – zależeć będzie od jego uznania i stopnia przygotowania zespołu”. W słowie wstępnym odwołuje się wydawca do wspaniałej postaci księdza Karola Miarki, naczelnego redaktora najpopularniejszego na G. Śląsku w II połowie XIX wieku polskiego pisma „Katolik”, który jako pierwszy zaszczepił w sercach i głowach Polaków poczucie wspólnoty narodowościowej z Polakami w zaborze rosyjskim i austriackim,  wolę walki o niepodległość i powrót do Macierzy. Nosi to w historii nazwę – Odrodzenie narodowościowe Polaków na Górnym Śląsku. Motto książki stanowi wiersz Leopolda Staffa, „Mowa ojczysta”, zaczynający się od słów: „Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta, święta mowo”. Nie będę się rozwodził na temat treści książki, jest ona przebogata w teksty lub wycinki tekstów literackich i publicystycznych,  najlepsze wiersze i pieśni patriotyczne, są też fragmenty przemówień i artykułów prasowych o charakterze politycznym. Jest rzeczą jasną, że ideą przewodnią książki wynikającą z sytuacji politycznej ówczesnej Polski jest odzyskanie Ziem Zachodnich, które uznają jej wydawcy za spełnienie się sprawiedliwości dziejowej.
Książka ta znalazła się w moich rękach, gdy byłem w czwartej lub piątej klasie szkoły powszechnej. Uczyłem się z niej czytać i to czytać ze zrozumieniem, czego tak brakuje dzisiejszym politykom. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze „Boże coś Polskę” Feliksa Felińskiego (Tak, był ten wiersz w tym podręczniku, bo znalazło się w nim prawie wszystko co było w podtekście antyniemieckie), „Śmierć Pułkownika” Adama Mickiewicza o wodzu powstańców – Emilii Plater, „Pozdrowienie z Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Oj, śliczna ta ziemia, to nasze Mazowsze” Teofila Lenartowicza, „Daremne żale” Adama Asnyka, „Koncert Jankiela” z „Pana Tadeusza”, którego fragmenty znam jeszcze na pamięć, był cały „Janko Muzykant”, czytany przeze mnie wielokroć i zroszony łzami, była „Pieśń o żołnierzach Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a także „Co mi tam troski” Władysława Broniwskiego. I  jak można się spodziewać książkę zamyka nieśmiertelna „Rota” – Marii Konopnickiej.
Z tej książki zapamiętałem ustęp opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej, ”Mazur z zagranicy”, w którym mała dziewczynka z Mazur, Greta, zaśpiewała w śląskiej gospodzie zamiast „Ich habe einen Garten”,  polską piosenkę:

„Stoi najmilejsy, gdzie roza przekwita,
Tam jego najmilsa w złotej księdze cyta
Lubenko, lubenko, uchyl mi okienko,
Co jesce obace, gdzie twoje ocenko.
W okienku stojała, śneptuskiem kiwała,
Wróć się, mój namilsy, bede cie kochała…”

Do dziś jeszcze nie doszedłem do tego, co znaczy mazurskie „śneptuskiem”, ale bardzo mi się to słowo spodobało. (Dziś tym bardziej mając na względzie drugą część wyrazu - "tuskiem")
Przyszedł później czas na czytanie wielu innych książek, ale ta pierwsza zapadła na długo w pamięci. Te dziecięce, a potem młodzieńcze kontakty z literaturą miały wpływ na całe moje życie, choć jak łatwo się domyśleć dawne marzenia o powtórzeniu drogi Żeromskiego lub Reymonta spaliły na panewce. Zawód nauczyciela pochłonął mnie bez reszty, potem był epizod działalności samorządowej, lata prysły jak bańka mydlana. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że przecież coś z tych marzeń się spełniło. Jestem pisarzem, ale takim, jakim nazwał Sienkiewicz bohatera swego opowiadania „Szkice węglem” Zołziółkiewicza  -  pisarzem prewentowym.  Rzeczywiście specjalizowałem się w ostatnich latach, bo taka była konieczność, w pisaniu pism urzędowych, protokółów zebrań, sprawozdań, przemówień, odpowiedzi na krytykę prasową. A ponieważ pisanie przychodzi mi coraz trudniej, to chyba, idąc za złotą myślą Tomasza Manna -  mogę się uznać co najmniej pisarzem blogowym. I co Wy na to moi wierni Czytelnicy?

sobota, 2 lipca 2011

Się kręci


To nieprawda, że kula ziemska kręci się wokół słońca raz na rok, a wokół swej osi raz na dobę. Wydaje się, że teraz kręci się znacznie szybciej. To co jeszcze niedawno było nie o pomyślenia, dziś jest realnym wydarzeniem, dzieje się na naszych oczach . Nie jestem pewien czy także w naszych głowach, czy jesteśmy w stanie to wszystko sobie uzmysłowić. Odbieram bieg wydarzeń tak samo jak wielu podobnych do mnie Rodaków. Siedem lat temu przegłosowaliśmy wejście do Unii Europejskiej,
Dziś przypadło nam w udziale sprawować rolę przewodnią w tej Unii, o której kilkadziesiąt lat temu nie można było nawet pomarzyć, bo nawet marzenia mają w sobie choć cząstkę prawdopodobieństwa.
Piszę o tym pod wrażeniem medialnych relacji z przekazania prezydencji unijnej przez Węgry -   Polsce, uroczystości jakie miały miejsce wczoraj, 1 lipca 2011 roku, a zwłaszcza pod wrażeniem koncertu na Placu Defilad w Warszawie, który przeszedł tak samo niewyobrażalne granice, jak to, że jeszcze tak niedawno zniewolona Polska, znalazła się dziś na czele całego europejskiego areopagu państw Wolnej Europy (może jeszcze nie całej Europy, ale prawie całej). Piszę to w pełnym przekonaniu, nieomal z autopsji, bo moje dzieciństwo, młodość i większość dojrzałego życia upłynęły w zdominowanym przez ZSRR bloku państw wschodnich Układu Warszawskiego, który wydawał się wtedy stały i nienaruszalny.
To co się pozytywnego dzieje w Polsce jako kraju unijnym przerasta też granice wyobraźni. Można się o tym przekonać naocznie, ale trzeba pojeździć trochę po Polsce. Ci co to czynią z takich, czy innych względów, mogą to potwierdzić konkretnymi przykładami, bo nieomal na każdym kroku widać nowe inwestycje, albo już gotowe, albo jeszcze w toku budowy.
Moim oczkiem w głowie jest bliski mi region wałbrzyski. Mam tu na uwadze nie tylko bliskość obszarową, choć z powodu mojego wieku jest ona ważna, ale przede wszystkim, że tu jest mój dom, jak napisałem w tytule mojego blogu.  Podróżując po regionie obserwuję zaskakujące zjawiska.  Z satysfakcją odkrywam wciąż nowe dokonania, które zmieniają na lepsze obraz zastygłej w bezruchu, duszącej się w uścisku niemożliwych do rozwiązania problemów, bezradnej, poniemieckiej części Ziem Odzyskanych.
Nie próbuję nawet wymieniać tych przemian, bo byłoby to zadanie przekraczające zwyczajowe  reguły blogu internetowego. Wspomnę tylko o dwóch nasuwających mi się w tej chwili,bieżących wydarzeniach.
Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju, którego jestem członkiem w ramach realizacji projektu „Nasza Europa” przyjmuje w dniach 2 - 7 lipca francuską delegację z zaprzyjaźnionego miasta St. Etienne de Crossy, liczącą sobie, bagatela, ponad 50 osób. W jej składzie obok prezydenta miasta jest grupa chóralna. Z tej okazji przygotowano atrakcyjny program. Jest w nim dzień europejski (zwiedzanie miasta, występy chóru z Francji, wieczorna wspólna biesiada), jest dzień historii i martyrologii (wycieczka do Sztolni Walimskich i Krzeszowa), jest dzień Honorowego Obywatela Miasta, pani Łucji Chauvet, zasłużonej dla rozwoju przyjaźni polsko-francuskiej,  jest dzień dialogu międzykulturowego (zwiedzanie Książa, wernisaż w jedlińskim Centrum Kultury). Goście francuscy, do których dołączy jeszcze delegacja z zaprzyjaźnionego miasta w Czechach, Velichovki, będą nocować w jedlińskich hotelach „Moniuszko” i „Jedlinka”. Ten pierwszy (w Glinicy) funkcjonuje już od trzech lat, ten drugi jest zupełnie nowy, w dniu przyjazdu gości oddany do użytku. Zbudowany obok słynnego już pałacu w Jedlince w miejscu dawnych obiektów gospodarczych, stanowi widomy znak nowych czasów. Kto by mógł pomyśleć kiedyś przed kilkunastu laty o możliwości zorganizowania takiej imprezy. Ale Jedlina-Zdrój ma już obecnie gdzie przyjąć gości, tak by się nie powstydzić, ma im co pokazać obok pięknych krajobrazów, ma zdolności organizacyjne i mądrych gospodarzy miasta.

Drugi przykład. Otrzymałem sms od gospodarzy nowo otwartego pensjonatu „Dziupla” w Łomnicy z zaproszeniem na sobotnią wieczorynkę, a w niej koncert na dwie gitary, występy wokalne, w menu polska kuchnia i szczypta włoskiej. To już stało się zwyczajem – organizacja takich wieczorków literackich, muzycznych, wokalnych . A więc rzecz dotąd znów nie do pomyślenia - na głęboko zaszytej w górach wsi – wieczorki artystyczne. I co najciekawsze, cieszą się one rosnącym zainteresowaniem.
Chyba jednak się kręci nasz świat coraz szybciej, odrabia zaległości.

piątek, 1 lipca 2011

Czarny bocian

Mamy dziś 1 lipca, początek dwóch miesięcy wakacyjnych, wywołujących zawsze pozytywne wrażenie, bo w tym czasie nasz kontakt, jak to się pięknie nazywa, z "łonem natury"  jest znacznie bardziej intensywny i refleksyjny. Taką refleksją chcę się dziś podzielić z moimi Czytelnikami.

Mój znajomy, Robert, instruktor Koła Foto Centrum Kultury w Głuszycy przysłał mi artystyczne zdjęcie bociana czarnego. Takie bociany pokazują się coraz częściej na naszym terenie, co wywołuje zachwyt i zdziwienie. Wiadomo, że są to ptaki lęgowe występujące w Eurazji, Afryce południowo-wschodniej, rzadziej w Hiszpanii i Francji. W Polsce jest ich ok. 1200 par. Co sprawiło, że spodobały im się nasze lasy w Górach Suchych wokół Łomnicy? Niewątpliwie znajdują tutaj tereny podmokłe i trzęsawiska będące ich naturalnym łowiskiem, ale takich miejsc jest w kraju znacznie więcej. A może podoba im się to, że w naszych górach i lasach są jeszcze duże obszary niezamieszkałe i nie zdewastowane przez człowieka. Mogą więc ze swobodą penetrować okolice w pobliżu gniazda i przy każdym powrocie radośnie pogwizdywać, wydając  głuche „he-li”, a w okresie godowym puszyć się wokół siebie, kręcąc paradnie głową jak w telewizyjnym tańcu parami.
Co by nie pomyśleć, to wszystko jednak wskazuje na bardzo optymistyczne wnioski o dobrym stanie naszej przyrody, skoro czarne bociany, po łacinie – ciconia nigra, powracają do nas z corocznych migracji do ciepłych krajów, w te same miejsca i z tym samym wdziękiem, pozwalając się sfotografować sprytnemu „łowcy obrazów”. A swoją drogą, gdyby całe nasze łowiectwo poszło tym śladem i zamiast strzelb śmiercionośnych uzbroiło się w aparaty fotograficzne, pojęcie człowiek –  jako istota rozumna, nabrałoby właściwego znaczenia.